Spis treści
- Malta – tricity – Valletta, Sliema, Birgu
- Plan podróży po Malcie dzień po dniu
- Dzień 1: Golden Hour na Golden Bay
- Dzień 2: Valletta i Sliema – salwy, schrony i piękne balkony
- Dzień 3: Valletta i Birgu – gondolą do przeszłości
- Dzień 4: Coral Lagoon – zachód słońca i szczypta rozczarowania
- Dzień 5: Chinese Garden, rybki w Marsaxlokk i nasz dzielny Fiat Punto
- Dzień 6: Gozo – mniejsze, spokojniejsze, ale czy piękniejsze?
- Co zobaczyć na Gozo w 1 dzień?
- Mdina – tejemnicze „ciche miasto”
Dlaczego warto spędzić tydzień na Malcie?
Z końcem maja „uciekliśmy” na Maltę. Chcieliśmy słońca, lazurowej wody i klimatycznych miejsc. I zgadnijcie co? Malta dowiozła! Przemieszczaliśmy się głównie autobusami i przez kilka dni autem (bo wygodniej), ale w sercu byliśmy pieszymi odkrywcami. Cel? Zobaczyć najciekawsze miejsca Malty, naładować się słońcem i odpocząć od codzienności w klimacie śródziemnomorskim.
Malta – tricity – Valletta, Sliema, Birgu
Valletta – najmniejsza stolica z największym rozmachem
Ta mała, ale szalenie dumna stolica ma mniej niż kilometr kwadratowy powierzchni, ale nadrabia historią i widokami. Założona przez rycerzy Zakonu Maltańskiego, dziś przypomina otwartą galerię architektury – od złotych kamienic po kolorowe balkony. Przechadzając się jej ulicami czuliśmy się jak bohaterowie filmu kostiumowego. A potem wjechaliśmy nowoczesną windą. Malta w pigułce!
Co zobaczyć w Valletcie:
- Konkatedra św. Jana – barokowe cudo z obrazami Caravaggia, robi wrażenie nie tylko z zewnątrz.
- Fort św. Elma – ważna twierdza i muzeum wojny, idealne dla fanów historii.
- Lascaris War Rooms – podziemne centrum dowodzenia z czasów II wojny światowej.
- Górne i Dolne Ogrody Barrakka – widoki jak z pocztówki i świetne miejsce na odpoczynek.
Ciekawostka: Valletta to jedna z najmniejszych stolic Europy, ale znajdziecie tu 320 zabytków. Spacer po mieście może być wyzwaniem w upalne dni z uwagi na spore wzniesienia między wybrzeżem, a centrum starówki.
Sliema – czyli gdzie wieczorem zjeść i rano napić się kawy
Nowoczesna, ale bardzo przyjemna. Idealna na spacer (czytaj: chill po zwiedzaniu), zakupy albo zatopienie się w drinku z widokiem na zatokę. Można popływać, pospacerować albo po prostu przysiąść i poobserwować ludzi. No i rzymskie łaźnie wyryte w skale? Dobrze brzmi. Jeszcze lepiej wygląda!
Ciekawostka: W Sliemie znajdziecie jeden z najlepszych widoków na Vallettę.
Birgu (Vittoriosa) – tu wszystko zaczęło się od rycerzy
Kiedyś główna siedziba Zakonu Maltańskiego, dziś romantyczne zaułki i nabrzeże idealne na zachód słońca. Birgu to nie muzeum – tu się po prostu wchodzi w inny czas. Spacerując, odnosi się wrażenie, że za rogiem zaraz wyskoczy rycerz w zbroi… albo elegancki kot.
Ciekawostka: Birgu było pierwszą stolicą rycerzy na Malcie. Tak, zanim powstała Valletta, to tu wszystko się działo.
Plan podróży po Malcie dzień po dniu
Dzień 1: Golden Hour na Golden Bay
Zaczęliśmy z przytupem – przylot z Wrocławia, dojazd do Xemxija gdzie mieliśmy wynajęty apartament i od razu BOLT na zachód wyspy. Plaże Golden Bay i Għajn Tuffieħa to prawdziwy złoty strzał na start. Słońce, piasek i ten moment, gdy wszystko dopiero się zaczyna. Jedna plaża bardziej ucywilizowana, druga dziksza – wybierz według nastroju.
Ciekawostka: Għajn Tuffieħa znana jest też jako „Apple’s Eye Beach”. Brzmi poetycko, wygląda bajecznie.
Dzień 2: Valletta i Sliema – salwy, schrony i piękne balkony
Dzień rozpoczęliśmy z hukiem – dosłownie. Punkt 12:00 na Saluting Battery wystrzeliły armaty. Pokaz odbywa się codziennie (poza niedzielą) o 12:00 i 16:00, a widok na port? Klasa sama w sobie. Na pokaz salw warto przybyć dużo wcześniej – na tyłach nic nie zobaczysz.
Potem chill w Górnych Ogrodach Barrakka – czyli widok z tarasu, gdzie można poczuć się jak lord lub lady na balkonie z widokiem na historię. Tuż obok zjeżdża się windą (za 1€) do portu, ale zanim to zrobiliśmy – skoczyliśmy do Lascaris War Rooms. Wojenne schrony z klimatem filmu szpiegowskiego.
Na deser – Sliema. Promem (ok. 2€) i już jesteśmy po drugiej stronie. Spacer, zachwyt nad Roman Baths i lunch w Surfside. Tam pysznie zjecie owoce morza (i nie tylko), popijecie chłodnym winem i… nie będziecie chcieli wracać.
Dzień 3: Valletta i Birgu – gondolą do przeszłości
Znowu Valletta? Tak, bo tego miejsca nie da się ogarnąć w jeden dzień. Tym razem zeszliśmy do Dolnych Ogrodów Barrakka – trochę mniejsze, ale nadal z klimatem. A potem nadszedł czas na gwóźdź programu: gondola do Birgu!
Za 3€ przepłynęliśmy tradycyjną łodzią dgħajsa do Birgu – miasta z duszą. Wąskie uliczki, schody donikąd, kolorowe drzwi i balkony, które wyglądają jak z katalogu „Malta dla romantyków”.
Wróciliśmy tą samą gondolą, a windą za 1 Euro (przy wyjściu z promu kieruj się za znakami) podjechaliśmy z powrotem do Górnych Ogrodów. Trochę słońca i dużo radości.
Dzień 4: Coral Lagoon – zachód słońca i szczypta rozczarowania
Poniedziałek upłynął pod znakiem zdalnej pracy – tak, nawet na Malcie laptop czasem się otwiera. Ale po południu ruszyliśmy na północ – w kierunku Coral Lagoon. Autobus zawiózł nas w okolice Armier Bay, skąd czekał nas dłuższy spacer. Widoki? Bajka – klify, zatoki i ta dzika, surowa strona wyspy.
Coral Lagoon to naturalna wapienna jaskinia z ogromnym otworem w suficie. W słoneczny dzień wygląda jak niebieska dziura z folderu National Geographic. Ale wieczorem… no cóż, bez słońca nie ma spektaklu – woda wyglądała jak atrament, a cały efekt trochę się rozmył.
Pro tip: Jeśli chcecie zobaczyć Coral Lagoon w pełnej krasie – idźcie tam rano lub w południe, gdy słońce wpada do środka i podświetla turkusową wodę. I uważajcie na śmiałków, którzy skaczą do środka ze skał – wygląda spektakularnie, ale nie jest dla osób o słabych nerwach.
Uwaga praktyczna: Powrót? Trudny temat. BOLT i Uber w tej części wyspy to towar deficytowy – warto zaplanować alternatywny powrót lub mieć cierpliwość anioła.
Dzień 5: Chinese Garden, rybki w Marsaxlokk i nasz dzielny Fiat Punto
Tego dnia wzięliśmy sprawy w swoje ręce i kluczyki do auta w dłonie – wcześniej zarezerwowany samochód (czytaj: wysłużone, ale dzielne Punto) miał być naszym rumakiem na najbliższe dni. I choć po lewej stronie jeździliśmy jak u siebie, to wąskie i dziurawe uliczki Malty wystawiły nasze nerwy (i zawieszenie) na próbę.
Pierwszy przystanek? Chinese Garden of Serenity – czyli chiński ogród na środku Malty. Trochę surrealistycznie, bardzo spokojnie. Idealne miejsce na złapanie oddechu w cieniu pagody, z dźwiękiem wody w tle.
Potem ruszyliśmy do Marsaxlokk – klasycznej wioski rybackiej, gdzie kolorowe łódki luzzu bujają się w porcie jak na pocztówce. Marsaxlokk słynie z niedzielnego targu rybnego, gdzie od rana kupicie świeżutkie owoce morza, ryby i lokalne specjały prosto z kutrów. Choć my nie trafiliśmy na targ, sam port i jego atmosfera są warte wizyty o każdej porze.
Tu zjedliśmy lunch z widokiem na morze (i łódki, oczywiście), a potem wsiedliśmy na łódkę wycieczkową (10€ od osoby), by zobaczyć wybrzeże od strony morza.
Ciekawostka: Łódki luzzu, które zobaczycie w Marsaxlokk, mają na dziobie namalowane oczy – to tzw. oczy Ozyrysa, mające chronić przed złem. I, trzeba przyznać, patrzą uważnie.
Rejs objął m.in. St. Peter’s Pool – słynną naturalną zatokę kąpielową i skalny balkon Hofriet Window. Z poziomu wody wygląda to naprawdę imponująco. Po powrocie wróciliśmy na parking przy St. Peter’s Bay i tam rozpoczęliśmy relaks – skalne półki, ludzie na ręcznikach i… skoki do wody!
Nie byle jakie skoki – ze skał prosto do turkusowego morza. Nutka adrenaliny, sporo radości, ale też ostrzeżenie: prądy są silne, powrót na brzeg może wymagać porządnych umiejętności pływackich. Zasada jest prosta – jeśli nikt nie skacze, Ty też nie skacz.
Na miejscu znajdziecie budki z jedzeniem i napojami przy parkingu – super. Ale uwaga: pobliska knajpa nie ma toalety. Tak, to nie błąd. To Malta.
Po niedługim relaksie i kąpieli wróciliśmy do naszego apartamentu, zostawiliśmy część rzeczy i ruszyliśmy dalej – bo przecież dzień się jeszcze nie skończył!
Tym razem cel był filmowy – Popeye’s Village Viewpoint. To miejsce po drugiej stronie zatoki od słynnej wioski filmowej z filmu o Popeyu, gdzie można zupełnie za darmo (i bez tłumów) nacieszyć oczy zachodem słońca i kolorowymi domkami. Parking przy klifie jest darmowy, a widok – bajka! Słońce chylące się nad morzem, drewniane domki jak z kreskówki i lekki wiatr we włosach. Magia!
Po delektowaniu się tymi widokami wróciliśmy do Xemxiji. Punto, choć zmęczone, dało radę.
Dzień 6: Gozo – mniejsze, spokojniejsze, ale czy piękniejsze?
Tym razem promem – i to z samochodem! Wyruszyliśmy wcześnie rano, by już o 10:00 ustawić się w kolejce w porcie Ċirkewwa. Promy kursują co ok. 30 minut, bez rezerwacji, a opłata… cóż, niespodzianka – płaci się dopiero wracając z Gozo! Nie szukaj więc bramek czy biletomatów przed wypłynięciem na Gozo – wystarczy ustawić się w kolejce samochodów do wjazdu na prom – resztą zajmie się obsługa. Więcej szczegółów i cennik znajdziecie na stronie operatora publicznego: Gozo Channel Ferries – Fares.
Choć można na wyspę dostać się promem bez samochodu (pieszo) i poruszać lokalnymi autobusami, my stawiamy na mobilność – autem wygodniej, szybciej i bardziej niezależnie. Nasza rada to poruszanie się samochodem lub wykupienie autobusu „hop on – hop off” – komunikacją miejską trudno będzie cokolwiek zobaczyć w 1 dzień…. (Ofertę na autobus znajdziesz na GetYourGuide z opcją darmowego odwołania: https://gyg.me/Kju40UEs ).
Co zobaczyć na Gozo w 1 dzień?
Gozo spokojnie zwiedzisz w jeden dzień. Wiele osób łączy Gozo z pobliską wysepką Comino, ale polecamy Gozo zobaczyć osobno i poświęcić wyspie więcej czasu. Wycieczki łączące Gozo z Comino dają na wyspie ograniczony czas – na Malcie lepiej się nie śpieszyć 🙂
- Klify Ta’ Ċenċ – dzikie, wysokie i bez tłumów. Świetne na spokojny spacer z widokiem na morze.
- Inland Sea – hmm… nie powaliło. Małe jeziorko z połączeniem do morza. Widok może i ładny, ale bez fajerwerków. Za to restauracja obok serwuje smaczną kawę mrożoną i daje cień.
- Tilt Rock i zatoka – nieco ukryte, ale zdecydowanie warte krótkiego przystanku.
- Kościół Ta’ Pinu – monumentalny i piękny, ale akurat trafiliśmy na mszę, więc zwiedzanie odpuszczone.
- Xwejni Bay i panwie solne – niezwykły krajobraz, coś jak maltańska wersja Marsa. Idealne miejsce na zdjęcia i chwilę zadumy.
Nie dotarliśmy do Rabatu ani Mgarr – jazda po Gozo potrafi być czasochłonna, a miejsca które odwiedziliśmy wymagały chwili czasu w każdym z nich – nie chcieliśmy się śpieszyć.
Gozo ma swój urok, ale szczerze? Nie urzekło nas tak bardzo, jak się spodziewaliśmy. Może potrzeba więcej czasu. A może po prostu wolimy gwar Valletty.
Po powrocie do portu ruszyliśmy z powrotem promem na Maltę, bogatsi o kolejne wrażenia, nieco opaleni i z lekkim niedosytem.
Dzień 7: Blue Grotto, klify Dingli, cicha Mdina i złote pożegnanie dnia
Ostatni dzień naszej maltańskiej przygody postanowiliśmy spędzić intensywnie, ale na luzie. W planie mieliśmy kilka ostatnich miejsc, które chcieliśmy zobaczyć – niektóre z listy „must-see”, inne z kategorii „czy naprawdę warto?”.
Rano ruszyliśmy w stronę Blue Grotto – formacji skalnej i jednej z najczęściej fotografowanych atrakcji Malty. Nie skusiliśmy się na rejs (choć można i kosztuje kilkanaście euro), ale widok z punktu widokowego zdecydowanie daje radę. Klify, jaskinie i turkusowa woda – Malta w pigułce.

Zaraz potem podjechaliśmy pod Maqlubę – miejsce owiane legendą. To gigantyczne zapadlisko, które według maltańskich opowieści powstało w wyniku boskiej interwencji. Brzmi groźnie, wygląda… trochę mniej. Schodzi się schodami w dół, ale na miejscu panuje klimat opuszczonego parku. Ciekawiej wygląda z drona niż z poziomu gruntu. Jeśli masz napięty grafik – możesz pominąć.

Kolejny punkt – klify Dingli. Brzmi epicko? W teorii tak, w praktyce… no cóż. Punkt widokowy polecany na Google Maps okazał się słaby – klifów nie widać, tylko trochę nieba i morza. Dodatkowo, trafiliśmy na plan zdjęciowy, który zablokował część dróg, co skutkowało objazdami i frustracją. Wniosek? Bez auta ciężko tu dotrzeć, a nawet z autem może być trudno. Klify są, ale trzeba wiedzieć, gdzie ich szukać – i mieć czas na spacer.
Żeby się nie frustrować, zrobiliśmy szybki zwrot i pojechaliśmy dalej – w stronę Ras id-Dawwara. Tam, także nie dojechaliśmy 🙁 Zamknięta droga – poirytowani obraliśmy kurs do mieszkania, aby przebrać się i przepakować na popołudnie.
Mdina – tejemnicze „ciche miasto”
Popołudnie to już klasyk – Mdina. Nazywana „Cichym Miastem”, Mdina to dawna stolica Malty i prawdziwa perełka na mapie wyspy. Znajduje się na wzgórzu, z którego rozciąga się panoramiczny widok na okolicę. Jej historia sięga ponad 4000 lat, a obecny, średniowieczno-barokowy charakter to efekt długiej obecności arystokracji i Zakonu Maltańskiego. Dziś to labirynt wąskich uliczek, piaskowych murów i pastelowych drzwi. Samochody mają tu wstęp tylko w wyjątkowych przypadkach, dlatego miasto żyje w swoim tempie – powoli, cicho i z klasą.
Spacer po Mdina to jak przechadzka po planie filmowym, i to dosłownie – to tutaj kręcono sceny do „Gry o tron”. Fani serialu mogą rozpoznać bramę główną Mdiny jako miejsce, gdzie Catelyn Stark wjeżdża do Królewskiej Przystani. Wąskie uliczki miasta posłużyły też jako tło dla scen z Aryą Stark, a plac przed Katedrą św. Pawła pojawił się jako fragment dziedzińca Red Keep. Dla serialowych geeków – miejsce obowiązkowe!
Zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby posłuchać ciszy, poczuć zapach kamienia nagrzanego słońcem i po prostu się zgubić – w dobrym tego słowa znaczeniu. To miejsce warto zobaczyć, bo przenosi człowieka w czasie bez potrzeby zakładania hełmu rycerskiego.
A wieczorem? Wróciliśmy jeszcze na chwilę do naszej ulubionej zatoki – Golden Bay – tym razem na kolację i drinka w restauracji tuż przy plaży. Zachód słońca nie zawiódł, drink też nie – choć jedzenie było mocno średnie i drogie….. Mimo wszystko znikające słońce, złota godzina skutecznie przestawiła nas w tryb „ostatni dzień przed końcem podróży”.
Po powrocie oddaliśmy samochód i mentalnie przygotowywaliśmy się na finał naszej maltańskiej przygody !
Dzień 8: Blue Lagoon na wyspie Comino
Na finał naszej maltańskiej przygody zaplanowaliśmy wyprawę na wyspę Comino i jej słynną Blue Lagoon. Szukaliśmy najlepszego sposobu, by spędzić tam cały dzień – większość ofert na GetYourGuide to rejsy ze Sliemy lub Valletty, ewentualnie z zatok jak St. Paul’s Bay. Plus? Opływają całą wyspę, pokazują zatoki i klify z wody, a potem cumują na 1–2 godziny w Blue Lagoon. Minus? To dla nas za krótko.
Postawiliśmy na Comino Ferries z Ċirkewwa – rejsy co 30 minut, bilety online, brak tłumów przy odprawie, swoboda powrotu o dowolnej godzinie. Statek płynie ok. 20 minut i wysadza pasażerów tuż przy plaży. Prosto, szybko i… bardzo praktycznie.
Na miejscu zaskoczenie – budki z jedzeniem, drinkami z ananasa, food trucki, lodówki z napojami. Płacisz kartą i wybierasz z szerokiej oferty. Tylko jedno się nie zmienia – ludzi jest więcej niż dużo. I zero klasycznej plaży – są tylko skały i wąskie półki skalne, na których możesz rozłożyć ręcznik, jeśli… znajdziesz miejsce.
Po krótkim rekonesansie dałem się namówić Filipowi z Comino Parasailing na małą przygodę. 80€ za dwie osoby – i już unosiliśmy się kilkadziesiąt metrów nad wodą, podziwiając błękit z góry. Beata w tym czasie robiła nam zdjęcia z pokładu motorówki. Było warto!
Planowaliśmy na Comino zobaczyć jeszcze:
- dawny szpital epidemiczny, który powstał w XIX wieku dla chorych z Malty,
- dawną farmę świń – brzmi dziwnie? Bo było. Na Comino kiedyś hodowano trzodę!
- fort St. Mary’s – z czasów wojen napoleońskich, z pięknym widokiem i armatami.
Ale… słońce wygrało. Upalny dzień, brak cienia i ogólne zmęczenie sprawiły, że skróciliśmy plan. Refleksja? Blue Lagoon wygląda obłędnie i warto ją zobaczyć, ale jeśli cenisz wygodę, leżak i zjeżdżalnię do wody – lepszym wyborem może być rejs wycieczkowy z opcją cumowania. Statek robi rundkę po Comino, rzuca kotwicę, a Ty decydujesz: leżysz, pływasz, schodzisz na ląd lub chillujesz na pokładzie.
Podsumowując – wybierz to, co pasuje do Ciebie. I nie zapomnij, że rejsy i parasailing na Comino można bezpiecznie rezerwować przez GetYourGuide – zobacz opcje tutaj.
Dzień 9: Pożegnanie z Maltą – kawa, upał i ostatni spacer
To już nasz ostatni dzień na Malcie – bez auta, za to z walizkami i planem na spokojne pożegnanie. Rano opuściliśmy apartament i udaliśmy się do Valletty, gdzie zostawiliśmy bagaże w przechowalni i ruszyliśmy na ostatni spacer po ukochanych uliczkach stolicy.
Plan? Minimum ruchu, maksimum cienia. Wylądowaliśmy więc – ponownie – w Ogrodach Barrakka, z widokiem na Trzy Miasta i przyjemnym powiewem wiatru. Potem kawa w Starbucksie (tak, wiemy, że to nie lokalna kawiarnia – ale czasem człowiek potrzebuje pewniaka z klimatyzacją) – niby 30°C, ale odczuwalna pewnie z 40. Ulice Valletty nagrzane jak patelnia, a my w trybie: „dajcie cień i lód”.
Po krótkim odpoczynku ruszyliśmy taksówką (Bolt) na lotnisko – i tu ważna wskazówka: zdecydowanie warto. Choć lotniskowy autobus kosztuje kilka euro i teoretycznie jest szybki, to w praktyce często bywa zatłoczony, opóźniony i po prostu męczący. My zapłaciliśmy 11€ za przejazd z Valletty na lotnisko – szybko, wygodnie i z klimatyzacją. Używaliśmy głównie Bolta, który był tańszy od Ubera (czasem o połowę).
Przed północą wylądowaliśmy z powrotem we Wrocławiu – jeszcze tylko 2h drogi i jesteśmy w domu 🙂
Podsumowanie: Malta – mała wyspa, wielkie wrażenia
Malta to urocza wyspa, która – mimo niewielkich rozmiarów – oferuje ogrom pięknych miasteczek, klifów, punktów widokowych i pyszną kuchnię w naprawdę znośnych cenach (nie to co Włochy… 😉). To świetny kierunek zarówno na tygodniowy urlop pełen zwiedzania, jak i krótszy city break z focusem na Vallettę, Sliemę, Trzy Miasta czy Mdinę.
Każdy znajdzie tu coś dla siebie – od miłośników historii, przez łowców widoków, po plażowiczów i fanów lokalnych smaków. Ludzie są przyjaźni, pogoda właściwie zawsze dopisuje (czasem aż za bardzo), a klimat wyspy jest po prostu wciągający.
Idealnie przyjechać tutaj poza sezonem – w kwietniu albo pod koniec września. Mniej ludzi, bardziej znośne temperatury i większy komfort zwiedzania. Choć jeśli ktoś lubi upały, to i sierpień da radę – trzeba tylko pamiętać o kapeluszu i lodach. 😉
Polecamy z całego serca, bo naprawdę warto. I to tylko ok. 2,5 godziny lotu z Polski!










